Francuski rząd pod presją po weekendzie pełnym przemocy

Zbliżenie profilu twarzy prezydenta Francji Emmanuela Macrona - mężczyzny w średnim wieku o krótkich brązowych włosach. Macron ma na sobie białą koszulę, czarną marynarkę i ciemny krawat.
Podpis zdjęcia, Prezydent Emmanuel Macron apelował o spokój po obfitującym w grabieże i przemoc weekendzie
    • Autor, Katya Adler
    • Stanowisko, Redaktorka ds. Europy
    • Relacja z, Paryż
  • Data publikacji
  • Czas czytania: 3 min

Francuski premier Sébastien Lecornu zwołał na poniedziałek kryzysowe posiedzenie rządu - po tym, jak w weekend w całym kraju doszło do przemocy i grabieży, w tym do niektórych z najgorszych zamieszek we współczesnej historii Francji.

W sobotę ponad pół miliona - głównie pokojowych - demonstrantów protestowało przeciw rosnącym kosztom utrzymania i poziomowi usług publicznych, w tym szkolnictwa. Protesty przerodziły się w przemoc, gdy pojawiły się na nich grupy ubranych na czarno, zamaskowanych aktywistów i wandali.

Według szacunków splądrowano i zniszczono około 1,5 tys. sklepów i innych przedsiębiorstw. Policja prewencyjna użyła wobec tłumu gazu łzawiącego i armatek wodnych. W kilku miejscach widziano, jak funkcjonariusze uderzali ludzi pałkami.

Francuskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych informuje, że w sobotę rannych zostało około tysiąc policjantów, w tym siedmiu - ciężko.

Krążyły pogłoski, że prezydent Emmanuel Macron może wprowadzić w niektórych częściach Francji tymczasową godzinę policyjną - lub nawet wprowadzić w kraju stan wyjątkowy.

Ostatecznie w niedzielnym orędziu do narodu Macron wzywał do jedności i zapewniał, że sprawcy przemocy zostaną ukarani.

Jego przeciwnicy polityczni, a także internauci, nie szczędzili przemówieniu krytyki, mówiąc, że brakowało w nim konkretów.

Jak władze planują pociągnąć do odpowiedzialności wandali i uczestników zamieszek?

Jak lepiej chronić francuskie miasta - zwłaszcza zważywszy, że za kilka tygodni mają odbyć się kolejne masowe demonstracje?

Jak dokładnie ma wyglądać przyznawanie odszkodowań właścicielom zniszczonych przedsiębiorstw?

Wreszcie: kiedy władze podejmą dialog o stanie edukacji z uczniami i nauczycielami?

W niedzielę sekretarz generalna związku zawodowego CGT, Sophie Binet, oskarżyła Macrona o lekceważenie obaw uczniów, kryzysu kosztów utrzymania i pogarszającego się stanu francuskich usług publicznych.

Macron chciał najwyraźniej, by to premier Lecornu koordynował odpowiedź na demonstracje. Mimo to wielu Francuzów oskarża prezydenta i ministra spraw wewnętrznych o rażące nieprzygotowanie do sobotnich protestów. Mówią, że nie oddelegowali w teren wystarczających sił policyjnych.

Przewodnicząca niższej izby francuskiego parlamentu, Yaël Braun-Pivet, mówi, że chce wszcząć dochodzenie w sprawie weekendowej przemocy i jej przyczyn.

„W mieście świateł panuje mrok," przeczytałam w niedzielny wieczór na graffiti na murze przylegającym do szeregu zniszczonych paryskich sklepów.

Macron odchodzi niedługo z urzędu. Wybory jego następcy mają odbyć się za sześć miesięcy, ale już dziś trwa zażarta polityczna walka. O miejsca na pierwszych stronach gazet walczą kandydaci antyimigracyjnej, nacjonalistycznej prawicy (Marine Le Pen) i antykapitalistycznej lewicy (Jean-Luc Mélenchon).

To potęguje obecne napięcia - zarówno w polityce, jak i na ulicach.

Francuski parlament jest sparaliżowany i głęboko podzielony między trzy rywalizujące bloki polityczne.

Do tego dochodzą problemy finansowe kraju. Inwestorzy naciskają na Paryż, by opanował rosnący dług publiczny. Jednak francuskie władze obawiają się, że cięcia w usługach publicznych i opiece społecznej sprawią, że na ulice wyjdzie jeszcze więcej rozgniewanych ludzi.

Co teraz? Co dalej? Czy kraj jest w ruinie? Takie pytania słychać dziś we Francji bardzo często.

Sobotnie wydarzenia zszokowały i zaniepokoiły cały naród. W mediach pojawiały się zdjęcia miast w oparach gazu łzawiącego, płonących budynków i wydających się działać bezkarnie grabieżców.

Protestujący w ciemnych ubraniach stoją wokół paryskiej Statuy Republiki, przedstawiającej kobietę unoszącą ramię. Klatkę piersiową rzeźby owinięto żółtym transparentem. Wokół unoszą się niebieskawe chmury gazu łzawiącego. Chwile po demonstracji na Placu Republiki w centrum Paryża, 18 października 2026 r.
Podpis zdjęcia, Podczas zamieszek zdewastowano Statuę Republiki w centrum Paryża

Wielu przechodniów, z którymi rozmawiałam, wyrażało frustrację. Mówili, że politycy wydają się jedynie obwiniać siebie nawzajem.

„Podczas gdy my martwimy się o bezpieczeństwo, oni wykorzystują sytuację w przedwyborczej grze politycznej,” przekonywał Edouard, nauczyciel i ojciec trójki dzieci.

Macron i jego premier zrzucili winę za sobotni chaos na radykalne lewicowe ugrupowania i przestępców. Lider skrajnej lewicy Jean-Luc Mélenchon oskarżył rząd o „niekompetencję”.

Prawicowa nacjonalistka Marine Le Pen, która chce budować wizerunek obrończyni prawa i porządku, opublikowała nagranie, na którym siedzi przed flagą Francji i wygłasza orędzie w stylu prezydenckim. Obwiniła w nim „administrację Macrona, która jest wyczerpana, zdezorientowana i pozbawiona energii”.

Władze Francji liczą na trochę wytchnienia w ciągu najbliższych dwóch tygodni: w poniedziałek w szkołach rozpoczynają się ferie.

Jednak przedstawiciele różnych związków zawodowych - a także rozproszony francuski ruch „żółtych kamizelek” (gilets jaunes), który w 2018 r. organizował wielomiesięczne demonstracje - zapowiedzieli już ogromne protesty na 5 listopada.

Na razie Francja wstrzymuje oddech.

Przy tłumaczeniu tego artykułu, który oryginalnie był napisany w języku angielskim, użyto narzędzi AI. Dziennikarz BBC sprawdził tłumaczenie przed publikacją. Więcej o tym, jak używamy AI.

Edycja: Joanna Kozłowska